Nie śpię, bo robię mydło

Nie śpię, bo robię mydło 😛 Nie jest to żadna metafora, tylko stan faktyczny. Odkryłam swoje powołanie i absolutnie przepadłam. Czuję, że to nie będzie tylko odkrycie sezonu, ale miłość na długie lata. MYDLOVE ❤

Mydło arganowe

Już od jakiegoś czasu chodziło za mną, by pobawić się w produkcję domowych, rzemieślniczych kosmetyków. Tylko brakowało mi impulsu, by się za to zabrać tu i teraz. Aż trafiłam na bloga mydlanerewolucje.pl i to było moje nawrócenie. Po dokładnym i dobitnym przeczytaniu wszystkich artykułów od deski do deski (tak mnie wciągnęły 🙂 ) moim oczom ukazał się sklepik… i już wiedziałam co będzie dalej. Na pierwszy rzut zakupiłam wszystkie e-booki i pewnego ponurego jesiennego wieczora zasiadłam do lektury.

Zanim doszłam do końca pierwszej części, już wiedziałam, że chcę, muszę i koniecznie, absolutnie bez dwóch zdań będę robić mydło. I oto się stało. Nakupiłam sprzętu, składników, odczynników, przeryłam kuchnię w poszukiwaniu przypraw, barwników i dodatków oraz łazienkę w poszukiwaniu glinek, olejów i olejków. Gdy zebrałam wszystko do kupy to moim oczom ukazała się dosyć potężna kolekcja.

I nadszedł ten moment zadumy… gdzie ja to wszystko upchnę, by nikt niepowołany (czyt. dziecko) nie dokonał mi włamu w te niebezpieczne rejony. I tak oto z pomocą przyszło mi łóżko. Niektórzy trzymają trupy w szafie, emeryturę w słoikach po majonezie, a ja trzymam w łóżku litry oliwy, wiadra z masłem shea i wodorotlenek sodu 😛 Jest to jedyne pojemne i niedostępne miejsce, do którego nikt nie zagląda oprócz mnie. I tak oto po jednej stronie mamy zestaw materacyków dmuchanych plażowych, gondolę od wózka i wanienkę do moczenia stóp, a po drugiej Mydlane Królestwo Fesiauke 🙂

Bezpieczeństwo przede wszystkim. Zrobiłam już włam na sklep BHP i powróciłam z tej wycieczki bogatsza o maseczkę ochronną na twarz i okulary, które śmierdzą chińszczyzną i plastikiem. Ale czego się nie robi dla sztuki. Sztuki mydła, oczywiście.

Za pierwszym razem miałam niezłego stresa. Bałam się tego ługu i jego żrących właściwości. Zupełnie niepotrzebnie. Jak to pisała Gosia z Mydlanych Rewolucji- jeśli zachowasz daleko idącą ostrożność i będziesz postępować zgodnie z zasadami BHP oraz instrukcją, to nic złego się nie stanie. Zresztą nie tak niebezpieczne substancje miałam w swoich rękach na studiach czy w aptece. Jest takie powiedzenie- nie święci garnki lepią. Skoro totalni amatorzy robią mydło i żyją, to JA, farmaceuta mam nie podołać?

Jak wygląda u mnie dzień produkcyjny? Otóż najpierw planuję co chcę zrobić i sprawdzam czy mam wszystkie niezbędne składniki. Jeśli czegoś mi brakuje, to podmieniam, modyfikuję lub dokupuję niezbędne ingrediencje.

Następnie wstrzelam się w odpowiedni timing. Czyli albo poobiednia drzemka młodej, albo szczera noc. Bo najważniejszą rzeczą przy produkcji mydła jest cisza, spokój i skupienie. Ważne, by nikt się nie plątał pod nogami, nie ryczał, nie krzyczał i nie rozpraszał milionem pytań czy wołaniem o pomoc w podaniu chusteczki (!) Także dziecko zostaje uspane, dozór pełni drugi rodzic i czuwa w stanie gotowości, gdyby się nagle przebudziło, a ja szaleję w kuchni.

Najpierw przygotowuję stanowisko, czyt. wynoszę wszystko i chowam po szafkach. Wtedy nasza kuchnia wygląda jakby została splądrowana 😛 Następnie blaty zabezpieczam podkładkami, przygotowuję niezbędny sprzęt i odważam składniki.

Mieszam ług w zlewie, w razie gdyby niespodziewanie coś się wylało. Na kuchence rozpuszczam mieszaninę tłuszczy. Potem wszystko musi się wystudzić do odpowiedniej temperatury (ok. 40-45 stopni). W międzyczasie przygotowuję barwniki, olejki, dodatki kwiatowo-ziołowe oraz formę do mydła.

Potem mieszam blenderem ług z tłuszczami i zaczyna się MAGIA. Powstaje mydlany budyń o jakiejś, zawsze innej gęstości. I wtedy, w zależności od wyniku mieszania, trzeba działać szybko, bardzo szybko bądź ultra szybko. Zazwyczaj dodatek olejków turbo przyspiesza gęstnienie masy, dlatego dodaję je na samym końcu. Dzielę budyń na odpowiednią ilość porcji, mieszam z barwnikami, glinkami, ziołami i czym tylko dusza zapragnie. Szybciutko dodaję olejki eteryczne, mieszam i wylewam do formy. Na koniec dekoruję- bawię się w faktury, struktury i kolory. Gotowe mydło czeka grzecznie w formie, aż zgęstnieje i będzie się nadawać do krojenia. Zazwyczaj trwa to dobę.

Po skończonej pracy sprzątam stanowisko, myję sprzęt i odkładam do komnaty tajemnic, by nikt przypadkiem nie zjadł z mydlanego gara itp. Bo oczywiście mam oddzielny zestaw naczyń tylko do robienia mydła.

Na drugi dzień przystępuję do krojenia mydła. Można tego dokonać zwykłym nożem na desce, ale ja muszę mieć wszystko PRO. Albo grubo albo wcale 😛 Więc posiadam specjalny nóż oraz krajalnicę z podziałką ułatwiającą krojenie bloczka mydlanego na równe kostki. Tylko ta precyzja jeszcze mi trochę kuleje i niektóre kostki są grubsze, inne chudsze, jedne w miarę proste, drugie zupełnie krzywe. Ale trening czyni mistrza, powoli się wyrabiam. Oczywiście łatwość bądź trudność krojenia zależy też od składu bloczka mydlanego tj. od użytych tłuszczy i dodatków. Zaliczyłam już jedną totalną wtopę w tym temacie, ale o tym innym razem.

Pokrojone kosteczki trafiają do pudełeczka, gdzie są ustawione jedna obok drugiej, by miały dostęp powietrza. I tak oto suszą się i dojrzewają przez ok. 6-8 tygodni (niektóre mydła nawet ponad 6 miesięcy np. oliwkowe). Wtedy też zachodzi proces saponifikacji, z mydła odparowuje woda, staje się ono twardsze i zmienia się jego pH z mocno zasadowego do bardziej neutralnego. Po 6 tygodniach można już sprawdzać pH papierkiem lakmusowym, by dowiedzieć się czy mydło jest gotowe do użycia czy musi jeszcze swoje odleżeć.

Tak to wygląda z grubsza 🙂

Ja jestem tym wszystkim niesamowicie zafascynowana i oczarowana !!

Odkryłam swoją nową pasję i powołanie, które może kiedyś przekuję w styl życia i zawód. Robienie mydła to dla mnie połączenie receptury aptecznej z kosmetologią i cukiernictwem, czyli creme de la creme wzięty z moich ulubionych dziedzin życia. Jest to czyste rzemieślnictwo i bardzo przyjemna praca fizyczna, ale też i umysłowa. Bardzo mi się podoba, że po krótkim czasie są widoczne wymierne efekty mojej pracy. Emocjonujący jest też czas oczekiwania, aż mydło dojrzeje. W międzyczasie w głowie kłębią się miliony myśli czy wszystko wyjdzie tak jak założyłam, czy coś trzeba będzie zmienić w formulacji, coś udoskonalić lub zmodyfikować.

Nieustannie planuję i tworzę nowe przepisy w głowie, tylko brak mi czasu i niekiedy składników na ich realizację. Ale takie długo przemyślane mydło jest najlepsze, bo czasami dobrze jest się dwa razy zastanowić zanim coś zrobisz. Chciałabym, aby moje kostki nie tylko pięknie wyglądały, ale też wyróżniały się właściwościami pielęgnacyjnymi i leczniczymi. Żeby mydło nie tylko myło, ale robiło naszej skórze coś więcej.

Jak tylko moje kosteczki dojrzeją, to nadejdzie chwila prawdy. Czy warto było szaleć tak? Jeśli eksperyment wypadnie pozytywnie to chętnie podzielę się z Wami moim własnoręcznie wykonanym mydłem. Trzymajcie kciuki, by Mikołaj przyszedł w tym roku z workiem mydła w ręce 🙂

Follow my blog with Bloglovin

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.